Na ratunek kościołowi

To, że kościół w Modlnej dotrwał do naszych czasów, zawdzięczamy gospodarskiej czujności kapłanów, ofiarnym wysiłkom parafian i fachowym zabiegom konserwatorów. Pierwsze, odnotowane w kronice parafii, odnowienie sięgającej średniowiecza budowli, nastąpiło w 1886 roku, za duszpasterstwa ks. Ludwika Tymienieckiego.
Trzeba przyznać, że Modlna miała i ma szczęście do proboszczów, którzy okazywali się troskliwymi gospodarzami świątyni. Za dwóch następnych, Litwinów z pochodzenia, ks. Leon Mickiewicz dobudował zachodnią kruchtę, przedłużającą kościół, a ks. Jerzy Kiełduszyc w 1924 r. przeprowadził następny kapitalny remont.
Nie było i potem choćby jednego proboszcza aż do współcześnie administrującego parafią ks. Ryszarda Grefkowicza, który by nie musiał wymieniać, wzmacniać, zabezpieczać, konserwować jakieś elementy konstrukcji budynku albo przeprowadzać renowację wystroju jego wnętrza. Ta nieustanna walka o trwanie kościoła prowadzona jest nie tylko z niszczącym działaniem upływającego czasu, ale i ze skutkami kataklizmów dziejowych, które przecież nie omijały Modlnej.
Nie wiemy, jak odcisnęły się na losach świątyni łupieżcze wypady Szwedów z załogi obsadzającej zamek łęczycki, czy przemarsz obcych wojsk za saskich czasów. Wiemy natomiast, że kościół niemal cudem ocalał, znalazłszy się w samym środku toczącej się tu bitwy we wrześniu 1939 r. Narażony na ostrzał artyleryjski zarówno polskiej, jak i niemieckiej strony, otrzymał tylko jeden od wroga cios. Pocisk armatni trafił między kościół, a przylegającą do niego kaplicę Warszyckich, wyrwał z niej kawał ściany i zniszczył okno w północnej ścianie prezbiterium. Opatrzność boska czuwała przecież nad modlińską świątynią, bo nieprzyjacielski granat okazał się niewypałem. Przy jej eksplozji kościół spłonąłby jak zapałka.
Gdy ustały walki, krypta pod kaplicą stała się więzieniem dla pierwszych parafian aresztowanych przez Wermacht. Po usunięciu wojennych szkód kościół krótko służył do celów sakralnych. Wkrótce zamknięty przez okupanta, stał się obiektem profanacji, rabunku sprzętu i szat liturgicznych oraz cennych precjozów. W roku 1942 postradał dzwony, w tym jeden zabytkowy z 1765 r. W rok później został przeznaczony na magazyn zboża, a w sierpniu 1944 roku pełnił funkcję koszar dla kompanii Wermachtu.
W czasach PRL-u, przy często obowiązującej reglamentacji na materiały budowlane, nie było łatwo utrzymać kościołów w dobrej kondycji technicznej. Obecnie nie sprzyja też tej wiekowej budowli bliskość drogi, na której po uszlachetnieniu nawierzchni natężenie ruchu i to szczególnie samochodów ciężarowych wzrosło niepomiernie.
Wszystkie te okoliczności wpływają na przyspieszony proces starzenia się kościoła. Świątynia modlińska, będąca dziełem rąk ludzkich, podobnie jak ludzie trafiający po śmierci do ziemi, sama się w nią już za życia zaczęła zapadać. Byłoby pół biedy, gdyby zapadała się równo, zachowując kąty proste.
Zapowiedź katastrofy nastąpiła w 1974 roku od ukłonu kościoła w stronę skarpy i ścielących się u podnóża pól. Niezwłocznie przystąpiono do sklamrowania rozchylajacych się ścian i naciągania budynku do pionu oraz podparcia go od północy dwoma dwuteownikami. Kościół jednak, raz wytrącony z równowagi nadanej mu przed wiekami przez budowniczych, stracił stabilność, bo już w 1980 roku zaczął się przechylać na przeciwną stronę, ku drodze. To był najdramatyczniejszy rok dla świątyni. Siadanie południowej ściany i spróchnienie legarów spowodowało zawalenie się bocznego ołtarza Matki Boskiej Bolesnej. Wystąpiły też dodatkowe komplikacje z pochyleniem się zakrystii.
Nie lada trzeba było wysiłków umysłu i rąk, żeby podeprzeć pochylającą się ku drodze ścianę dodatkowymi stalowymi filarami i doprowadzić budynek do pionu.
Zwiedzając kościół z dziatwą szkolną, w czasie akcji ratowniczej, mieliśmy możność oglądania pod oderwanymi deskami szalunku modrzewiowych bali, niegdyś tęgich i zdrowych, teraz po wiekach spróchniałych i zgrzybiałych. Jeden z nich, po oczyszczeniu i uzupełnieniu ubytków oraz konserwacji, pozostawiono w ścianie, a nie trzeba było wymieniać. Ta ostatnia batalia o uratowanie kościoła zakończyła się jeszcze zwycięstwem ludzi nad bezwzględnym działaniem czasu. Dzisiaj jego destrukcyjny wpływ na zabytkową budowlę rośnie proporcjonalnie z postępem cywilizacyjnym. Dlatego też, gdy widzę pędzące tuż obok wielotonowe samochody ciężarowe, drżymy razem z kościołem, on od wstrząsów, ja z obawy o jego dalsze trwanie.

Artykuł Stanisława Frątczaka
z miesięcznika Na Ziemi Zgierskiej przepisał
Damian Bartczak.

Publikacje Stanisława Frątczaka.

Wszelkie prawa zastrzeżone.